Archiwum 07 października 2007


paź 07 2007 Viva 126p!
Komentarze: 0

 Pamiętacie swoje wspomnienia związane z "maluchami"?śmiech

 Ja pamiętam i często wspominam jedno z weselszych wydarzeń.

Otóż, kilka lat temu w związku z pewnym ciągiem tragikomicznych zdarzeń zmuszona byłam korzystać z pożyczonego od znajomej "maluszka". Wszystko było by w porządku, gdybu ów cud techniki posiadał sygnalizację (jakąkolwiek) dotyczącą poziomu benzyny w baku. Niestety nie posiadał.

I to było przyczyną największej komedii z fiacikiem w roli głównej.

W piękny letni poranek postanowiłam podwieźć znajomego na lotnisko w Grodzisku Mazowieckim. Wsiedliśmy w strzałę wschodu i pomknęliśmy co koń wyskoczy we wspomnianym kierunku. W okolicach Nieporętu koń postanowił faktycznie wyskoczyć spod maski i ulotnił się bezpowrotnie razem z ostatnimi kroplami paliwa. Cóż było robić? Czas naglił, znajomy się denerwował ,że nie zdąży na lot więc skorzystałam z uroku osobistego i rzuciłam się pod koła nadjeżdżająceg o pojazdu. Na szczęście kierowca wykazał się refleksem i był uprzejmy nie przejechać mnie. Wykazał nawet wyraźną chęć udzielenia pomocy w dotarciu do najbliższej stacji benzynowej i z powrotem. W związku z powyższym uradowani zdecydowaliśmy się zepchnąć fiacika ze środka jezdni na pobocze. Znajomy popychał autko od strony pasażera a ja od strony kierowcy. Żadne z nas nie zdawało sobie sprawy z własnej krzepy tudzież z małej masy pustego samochodu, dość ,że ... zepchnęliśmy "malucha" znacznie dalej niż pragnęliśmy...5 metrów dalej...W dół...

No, krótko mówiąc samochód zsunął się z nasypu lecąc na dwóch kołach, pomiędzy drzewami i zaklinował się w krzaczorach na amen....

Porażka.

Facet z poloneza wyglądał jak królik Roger (oczy mu dosłownie wylazły), a my staliśmy na brzegu rozpadliny i nie byliśmy w stanie opanować śmiechu.

Tyle, że śmiesznie wcale nie było. Ani do domu wracać ani też jechać do przodu.

Niemniej wsiedliśmy do zatrzymanego auta i razem z jego kierowcą udaliśmy się do miasteczka. Tam wypatrzyłam traktorzystę, który zgodził się podjechać z linką i wyciągnąć to co w/g nas z fiacika zostało. Po dotarciu z powrotem na miejsce ze zdziwieniem stwierdziłam, że autko nawet nie jest draśnięte. Nic też nie odpadło ani się nie wygięło. Dolaliśmy benzyny, podpięliśmy linkę i wsiedliśmy do samochodu (który zapomniałam wspomnieć nie odpalał z rozrusznika a jedynie na tzw. "popych" już od dosyć dawna

. Traktorzysta wyciągnął nas na pole z drugiej strony i holował aż do drogi. Tam skorzystaliśmy z dobrodziejstwa holowania i odpaliliśmy samochód.

Udało nam się dotrzeć na lotnisko w porę, tylko po to aby dowiedzieć się, że lot został odwołany...

Być może relacja nie jest tak zabawna jak rzeczywistość, ale ciągle wracam wspomnieniami do tego momentu, tym bardziej, że mój znajomy, wieloletni przyjaciel, doświadczony pilot zginął dwa lata temu i wówczas wspomnienia ożywiają człowieka, którego nie ma...

azrael : : fiat  
paź 07 2007 Ze wspomnień młodej konowałki
Komentarze: 0

     Pamięć człowieka jest ulotna, a życie ludzkie pisze najlepsze scenariuszePerskie oko ,dlatego też postanowiłam spisywać zdarzenia związane z blaskami i cieniami swojej pracy ku własnej i cudzej uciesze.
Kiedy byłam małą dziewczynką z lubością wysłuchiwałam skeczy z audycji pt. „60 minut na godzinę” i do dziś pamiętam „wspomnienia młodej lekarki”, które bawiły mnie do łez. Zdarzenia które tu przytoczę , w odróżnieniu od tych ze wspomnianej audycji są autentyczne i mają swoje odniesienie w konkretnym miejscu i czasie.
Studia w Akademii medycznej w Warszawie ukończyłam w 199… roku, staż podyplomowy odbywałam w małej podwarszawskiej miejscowości .
Od samego początku byłam traktowana jako „przynieś-podaj-pozamiataj” , co postanowiłam potraktować jak atut a nie uciążliwy obowiązek. W związku z takim a nie innym podejściem pracodawcy już po kilku miesiącach praktyk zaczęłam doskonale czuć się w każdej roli w jakiej występowałam. A było ich mnóstwo!
Ot choćby:
” Naczelny anestezjolog” szpitala w okresie strajków kolegów w 1999 roku, jedyny poranny dyżurant w DPD w tym samym czasie, „główny szkolny” pediatra kwalifikujący do szczepień i wykonujący „przeglądy techniczne” młodzieży, wysokiej klasy specjalista medycyny rodzinnej leczący w promieniu 60 km w terenie w każdym ośrodku jaki wymagał zastępstwa…etc.
Nie jest to oczywiście nic nadzwyczajnego i zapewne 80% lekarzy przeżywało podobne sytuacje , rozterki i tragikomedie .Szkoda tylko że nie zabierają głosu i nie starają się pozostawić po sobie niczego co im się przydarzyło w ciągu całego życia zawodowego, bo jestem przekonana że nikt z twórców kina światowego i rodzimego nie byłby w stanie wymyśleć podobnych sytuacji….
Przez x lat pracy zawodowej, przy wybitnie niespokojnej albo jak kto woli niezaspokojonej duszy zawsze byłam outsiderem we własnym środowisku. Lubiłam i lubię nadal przyglądać się ludziom z boku, co doskonale pomaga diagnozować choroby ale również umożliwia trafną ocenę ludzkich zachowań . A jest na co popatrzeć…
W okresie strajków z początku 2007 roku doszłam do wniosku, że paranoja w medycynie sięgnęła zenitu. Różnorodność przepisów i ich odniesienie do rzeczywistości stworzyło ciekawy konglomerat głupoty i cwaniactwa z przerostem formy nad treścią. To właściwie natchnęło mnie do przelania na papier najzabawniejszych jego przejawów z jakimi się zetknęłam , Tak samo wpłynęła obawa, że czas mi je odbierze tak jak odebrał mi wiele wcześniejszych wspomnień.
Nie wszystko co odnotowałam było moim udziałem. Część z wydarzeń przytrafiła się moim znajomym ale pozwoliłam je sobie przywłaszczyć , ponieważ nie sposób ich nie utrwalić pozwalając aby te perełki zagięły w sposób bezpowrotny. Inne z kolei nie dotyczą medycyny w ogóle ale są niespotykanie zabawne i do dziś niezmiennie bawią mnie i moich przyjaciół.
……………………………………………………………………………………………………………………………………………………………

                      TRUDNE ZŁEGO POCZĄTKIPocałunek
A może w ogóle nie były trudne tylko bardzo nerwowe. Człowiek, który dopiero co ukończył studia i odbył kilka miesięcy staży w szpitalu, gdzie nikomu nie był potrzebny rzucony na głębokie wody po prostu musi nauczyć się pływać aby nie utonąć, albo właśnie utonie i tyle go widzieli ( tak jak ten pilot co to wodował , wypłynął, wszyscy go widzieli ale nikt mu nie pomógł dotrzeć do brzegu …).
Ja też się uczyłam. Do karetki wsiadałam z książką i duszą na ramieniu. Dusza była cięższa od książki ale duch okazał się być niezłomny i nie dał się pokonać przez te lata. Przydały się też zdolności aktorskie i talent improwizacyjny. Oraz coś, co w medycynie jest chyba ważniejsze od wiedzy encyklopedycznej : intuicja, inteligencja, urok i czar.
Intuicja przydaje się tam, gdzie nie działa logika. Inteligencja natomiast podpowiada kiedy należy na chorego rzucić urok a kiedy trzeba zadziałać czarami. Na dobrą miarę na końcu dopiero potrzebna jest wiedza. A tę jak zawsze najlepiej czerpać ze słowa pisanego, tyle że bezwzględnie trzeba wiedzieć w którym miejscu jej szukać.
Jest też i łut szczęścia … Pytanie tylko czyjego? Chorego czy lekarza? A może każdego z nich po trochu?…
I są też sytuacje komiczne poza wieloma ludzkimi tragediami z jakimi człowiek styka się na co dzień i które doprowadzają nas do Shakespeare’owskiego „być albo nie być” czy też łacińskiego „memento mori”.
Poza zabawnym środowiskiem osób pracujących w każdym Dziale Pomocy Doraźnej najweselszą grupą są pacjenci.
I nie chodzi mi tu tylko o hasło „ płacę i należy mi się” , które w odniesieniu do takich choćby rolników nabiera całkiem nowego wymiaru. Trudno bowiem dopatrzeć się ich wkładów w ubezpieczenie zdrowotne. A korzyści jakie wyciągają ze swego „pseudoubezpieczenia” w niewymierny sposób wykraczają poza to „NIC” jakie zapłacili.
To stwierdzenie zaboli pewnie w tym momencie wiele osób, ale proszę nie mieć mi go za złe , to nic osobistego. Zwykła matematyka, która w chwili olśnienia doprowadza człowieka do łez ze śmiechu.
Bo jak się tu nie śmiać, kiedy weźmie się ołówek do ręki i okaże się , że tenże rolnik , który przepracował 35 lat ciężko i uczciwie na roli zapłacił 35.000 ubezpieczenia zdrowotnego w ramach KRUS przy założeniu , że w tym czasie ani razu nie skorzystał ze zwolnienia lekarskiego 180-dniowego.
Dlaczego?
Ponieważ przy stawce 250 pln na kwartał 500 pln zapłacił, 500 pln mu zwrócono.
Bilans?
W najlepszym razie byłoby „0” . Ale nie jest.
Bo jest koszt wizyt w gabinecie lekarskim i koszt refundacji na kupowane na zniżkę leki. To wszystko jasno dowodzi, że rolnik na 180-dniowym zwolnieniu ,kupujący leki i odwiedzający lekarza najprawdopodobniej korzysta z cudzych pieniędzy. Ot choćby moich, ponieważ ja w odróżnieniu od ciężko i uczciwie pracującego rolnika jestem przedstawicielką wybitnie „nieuczciwej i leniwej” grupy zawodowej i przez 35 lat tej poniżenia godnej postawy w pracy zapłacę blisko 450.000 pln składek w ramach ZUS do, którego należę i który po 2 tygodniach ewentualnego zwolnienia lekarskiego szybko mnie zweryfikuje jeśli odważę się z niego skorzystać. A tym, który mnie „ podkabluje” będzie nikt inny jak mój pryncypał, ponieważ ja nie mam prawa ani chorować ani opuszczać stanowiska bojowego z żadnego innego powodu - co jest skądinąd zgodne z opinią społeczeństwa traktującego nas jak Judymów Żeromskiego (do którego mam ogromną pretensję za obraz lekarza tudzież nauczyciela jaki stworzył , a który komuniści skwapliwie wykorzystali wychowując młodzież na jego wesołej twórczości ).
Wspomniany wyżej wątek bawi mnie w każdym miejscu i czasie. Najbardziej jednak wówczas kiedy na kolejnym raporcie lub journal-watch’u w Klinice toczy się dyskusja na temat kosztów takiego dajmy na to układu stymulującego serce za ni mniej ni więcej kilkanaście tysięcy pln , czy też ICD za 40.000 … Siedzę sobie w takich chwilach w kącie i ocieram łzy rozbawienia i absurdu…
Dokąd to wszystko zdąża? Kiedy skończy się ta idiotyczna gonitwa w piętkę?...Kto rozwiąże węzeł gordyjski i komu spadnie na łeb nieuchronny miecz Damoklesa???
Byle nie mnie i moim bliskim oczywiście. W tej sytuacji wykażę się nadnaturalnym egoizmem.
A propos absurdów (zanim dotrę do tych naprawdę wesołych i luźnych treści muszę rozprawić się z nimi niestety…), ciekawym zjawiskiem z mojego przynajmniej punktu widzenia okazała się być ustawa o ratownictwie medycznym.
Dlaczegóż to?
Ha!
Komedia omyłek. Normalnie normalka.
Po pierwsze, najpierw był projekt, który założył przejęcie funkcji ratowniczych przez tzw. „ratowników medycznych” a potem dopiero zaczęto ich „produkować”.
Na czym polegała ta produkcja w rzeczywistości?
Na przekwalifikowywaniu w sposób naturalny ogólnie dostępnych w DPD (w całym kraju) kierowców i sanitariuszy również tych jedną nogą na emeryturach.
Pal sześć wiek jednak . Kłopot największy stanowiły braki w wykształceniu.
Ale , że Polak potrafi to i cała rzesza absolwentów szkół zawodowych ( dawniej ZSZ) w tempie zbliżonym do prędkości światła posiadła średnie wykształcenie maturalne ( średnio w rok to, co tak tępa jak ja osoba zdobywać musiała całe 4 lata) i szturmem zdobyła okoliczne szkoły medyczne uzyskując w dwa lata dyplom i szlify ratownika dające prawo wykonywania czynności ratujących życie ludzkie ( czego np. nie ma prawa robić samodzielnie lekarz po ukończeniu 6 lat studiów !!!)
O , to również bawi mnie do łez, zwłaszcza od chwili kiedy jedna z pracujących w pogotowiu koleżanek skręcając się ze śmiechu opowiedziała mi „historię jednej reanimacji”….
Proszę sobie wyobrazić przykrą w swojej wymowie a jakże komiczną scenę.
Jest reanimacja człowieka. Jest lekarz (wspomniana koleżanka) i dwóch ratowników medycznych. Koleżanka intubuje biedaka, jeden z ratowników zakłada wkłucie wobec tego prosi drugiego o przyniesienie z karetki worka Ambu. Wówczas tenże RATOWNIK pyta „ a który to?”. Uzyskawszy od zaskoczonej koleżanki odpowiedź „ten czarny!” wraca po 5 minutach z… czarnym workiem … na zwłoki…
Trudno podejrzewać tak daleko wybiegającą zapobiegliwość zwłaszcza, że ostatecznie historia miała swój happy end. Chory zdecydował się mimo wszystko przeżyć…
Ten dosyć skrajny przykład w jaskrawy sposób przedstawia w ręce jakich ludzi oddane zostało zdrowie i życie Polaków z chwilą wejścia w życie ustawy o ratownictwie medycznym…
Gwoli ścisłości dodać muszę, że zachwyt dysydentów nad kształtem potworka jaki został stworzony w takich warunkach usprawiedliwiony być może li tylko brakiem jakiejkolwiek kontroli nad działaniem samodzielnym Panów Ratowników z braku możliwości teletransmisji danych ( co ma miejsce w każdym kraju, który zdecydował się wpuścić ratowników do samodzielnej pracy- samodzielnej, ale pod bezpośrednią kontrolą dyżurnego lekarza dzięki transmisji danych dotyczących wszystkich parametrów życiowych chorego na odległość !!!).
I aby zachować twarz i uczciwość podkreślę, że ratownictwo medyczne w oparciu o licencjatów kończących Akademie Medyczne ma ogromną przyszłość. Ale ci ratownicy są niestety tak samo tępymi i ograniczonymi umysłowo przedstawicielami społeczeństwa jak lekarze , ponieważ muszą długie lata uczyć się do matury i zdać wiele trudnych egzaminów na studiach poświęcając mnóstwo czasu na naukę, odbywać praktyki i staże zanim zasiądą na zaszczytnym miejscu w karetce… Gdzież im więc do jednostek wybitnych??? No gdzież???
A my?
My śmiejmy się bo śmiech to zdrowie jak powiadali nasi przodkowie, może dzięki temu nie będziemy chorować a co za tym idzie ominie nas kontakt z rzeczywistością…
Was też.
Co mnie jeszcze rozśmiesza?...
No to akurat proste pytanie.
Koledzy, oczywiście koledzy…
Moi ci po fachu… Ci z pipidówy o ambicjach profesorskich ale z kulturą żula spod budki z piwem.
Zabawne są zwłaszcza ich zazdrości i małostkowość, tak dobrze widoczne z odległości z jakiej ich obserwuję.
I nie chodzi mi tu wcale o bezpardonowe golenie chorych z kasy- to mogę skwitować niezbyt eleganckim stwierdzeniem opartym o wysokość lekarskich pensji „każdy orze jak może” a skoro pacjenci płacą to widać chcą.
Cyniczne to może i niepopularne ale za to uczciwe, tym bardziej że uczciwie staram się nie brać a przynajmniej nigdy nie uzależniam swojego działania od podniet finansowych ( chora jestem jakaś ale mam nieodmiennie satysfakcję płynącą z faktu, że miałam rację …). Zarabiam pracując DOSŁOWNIE przez 7 dni w tygodniu w 6 miejscach (liczyłam skrupulatnie) a rozrzut moich zainteresowań jest skrajny. Pasją jest Klinika, której chętnie oddałabym duszę (i niezłomnego ducha) razem z ciałem, dochodem jest praca w karetce reanimacyjnej a zawodem opieka nad 3000 istnień ludzkich w terenie…
Rodzina ?… Dzieci ?...
A jakże, zmieniam im zdjęcia w albumach żeby kiedyś nie musieć tłumaczyć się przez drzwi, że to mamusia wróciła do domu a nie obca sterana pracą i życiem baba.
Tęsknię…
Zwłaszcza za ich utraconym dla mnie dzieciństwem.
I chłonę bez słowa ich obecność kiedy wreszcie mam okazję się wtulić w ich ciepłe ciałka…

Ale nie o tym chciałam pisać. Miało być wesoło a nie rzewnie….
Hmmm… I wesoło to faktycznie było, kiedy kolega z pracy sfrustrowany gwiazdorstwem swego znienawidzonego opozycjonisty zawodowego w pijanym widzie objechał mu gwoździem dookoła nowiutkie auto i został schwytany na gorącym uczynku...
Fajnie też było, kiedy jeden ze zdolniejszych, pracowitszych i mądrzejszych lekarzy usłyszał publicznie od tegoż opozycjonisty, że jest tumanem i nierobem.
Super jest kiedy koleżanka koleżance podkłada świnię tłumacząc pacjentowi, że specjalistka medycyny rodzinnej nie ma uprawnień do wypisywania leków psychotropowych.
Świetnie jest jak apteka realizuje recepty na antybiotyki licząc za nie choremu 100% przy 50% odpłatności, a preparaty zamieniane są nie tylko w grupach ale i w zakresie substancji chemicznych, a farmaceuci leczą na własną rękę czym popadnie (ot choćby zapalenie płuc chloramfenikolem…) i wydają psychotropy bez pokrycia. I na każdym kroku komentują decyzje lekarzy oraz podważają ich wiedzę.
Koń by się uśmiał, kiedy dowiedziałby się, że chorzy latają od Annasza do Kaifasza w ramach kolekcjonowania makulatury pod postacią recept z prywatnych wizyt tudzież tych zebranych w publicznej służbie zdrowia i kolejnemu fachowcowi opowiadają tę samą historię z tą różnicą, że to już 50 a nie 49 lekarz nie był w stanie uleczyć biedaka z męczących go dolegliwości. Zapominają jedynie dodać , że sami decydują o tym który to preparat jest im niezbędny a który jest zbędny do kuracji.
Czkawki by dostał (koń oczywiście) ze śmiechu gdyby usłyszał , że chory zapłacił w prywatnym gabinecie 200 pln za usłyszenie tych samych informacji, jakie przekazał mu za darmo jego lekarz rodzinny kilka miesięcy wcześniej i za przepisanie tych samych sprawdzonych preparatów ze zmienionymi nazwami handlowymi– ale darmowe leczenie choćby najlepsze i zgodne ze standardami nie ma żadnej wartości i jedyne co można za to usłyszeć (i dostać wysypki przy 100 razie… ) to „na razie dziękuję”…. (I jak tu być Judymem, kiedy z jednej strony każdy się go domaga a jak ma go obok siebie to ani go ceni ani poważa… Właśnie?... )
Osobiście do łez się uśmiałam kiedy usłyszałam, że napisałam donos na swojego ówczesnego kierownika specjalizacji. Nawet wtedy kiedy wszyscy powtarzali to z namaszczeniem i głębokim przekonaniem (łącznie z dyrekcją). I choć nigdy nie znalazłam źródła tej rewelacji ani też nie dopatrzyłam się w niej żadnego sensu do dziś jestem wdzięczna za tak skrajną podłość, ponieważ pozwoliła mi wyrwać się z bagna ludzkiej bezinteresownej nienawiści i zmobilizowała mnie do poszukiwania innej alternatywy a ta okazała się być zbawienną i nad wyraz satysfakcjonującą.
Trafiłam do wspaniałych ludzi o wielkich sercach… Wielkich, mądrych, wybitnych w swojej dziedzinie a jakże normalnych, ludzkich i uczciwych… Kochanych…( IKiK CSK)

I nawet jeśli idealizuję ich obraz to z pełną świadomością i celowo, ponieważ w porównaniu do tego z czym zetknęłam się przez lata pracy po raz pierwszy mogłam powiedzieć, że jest na tym świecie i w tym kraju jakaś ludzka norma…
I to jest to z czego się nie śmieję. Ale do czego się uśmiecham gdziekolwiek bym w danym momencie nie była …
……………………………………………………………………………………………………………………………………………………………

  A GDZIE TEN HUMOR?


Och będzie…
To dopiero początki mojego grafomańskiego zacięcia

  CUD GOSOPODARCZYSuper


 Obiecałam oprzeć się na wspomnieniach ale dzień dzisiejszy jest tak komicznie atrakcyjny, że mimo deklaracji nie jestem w stanie ominąć zjawisk z życia bieżącego , ponieważ bawią mnie okrutnie.
Różnymi wypowiedziami polityków pasjonują się wszelkiej maści dziennikarze , ja zainspirowałam się hasłem jednej z platform politycznych obiecującej Polsce i Polakom cud gospodarczy.
To jest coś co muszę obdarzyć własnym komentarzem, bo aż mnie jęzor swędzi.
Po co nam jakikolwiek cud gospodarczy?
Przecież my go mamy od lat…
No wystarczy się przecież rozejrzeć dookoła.
Tu dom za 200.000 tam za 500.000 a w stolicy to i nawet w miliony ceny wchodzą. A to wszystko wybudowane przez całe zastępy pracowników uposażonych w 1000 pln netto oficjalnych dochodów ( no dobrze zaokrąglijmy do średniej krajowej czyli 2500 pln, co i tak niczego nie zmienia…) A kiedy dodamy do tego auta za kolejne setki…
I jak nie nazwać tego zjawiska cudem gospodarczym?
To prawdziwy cud gospodarności i dowód niezwykłych wyrzeczeń ze strony właścicieli i ich rodzin !!!
Nic mnie w tym kraju zaskoczyć nie może.
Walka z korupcją
Walka z korupcją to też zabawna kwestia.
Ostatnio widziałam scenę rodem z PRL aż dwa razy pod rząd, typową dla okresu stanu wojennego: ciężarówki z przytulonymi do nich autami osobowymi , zjednoczone w miłosnym wręcz akcie wymiany życiodajnych wysokooktanowych płynów…
Nic dodać nic ująć.
A politycy krzyczący ze swoich ambon, ze niedługo wszystkich w Polsce pozamykają w ogóle się nie mylą.
Przy takiej skali korupcji obejmującej całe społeczeństwo , łaszczące się by bodaj ukraść nędzny grosz ze świecą można szukać ludzi prawych.
I prościej pewnie byłoby zacząć organizować dla nich rezerwaty, tak jak dla Indian w Ameryce albo jak dla zagrożonych wyginięciem gatunków. O…
Miało być śmiesznie

  I będzie.
Praca w DPD jak wspominałam wcześniej obfituje w komiczne zdarzenia siłą rzeczy.
Pozwala również oderwać się od smutnych chwil i wspomnień i daje możliwość obserwacji świata z punktu widzenia „pana życia i śmierci” (ironia, choć nie do końca) - a taka perspektywa znacznie rozszerza możliwości pojmowania świata, wierzcie mi….
Polityka omija małe skupiska ludzkie, a „-izmy” mają ograniczone zastosowanie. Większość reakcji zależna jest od wdrukowania i wychowania nabytego w domu lub wyniesionego ze szkoły … Tutaj uwidacznia się ogólnospołeczna mentalność, podzielona równą kreską/linią/podziałką na prawą i lewą stronę w zależności od aktualnej zasobności kieszeni.
Ci, którzy mają kasę chwalą obecne czasy, ci którzy nie mają pieniędzy tęsknią za komuną…
Ale to kompletnie nie ma nic wspólnego z polityką państwa czy jakichkolwiek ugrupowań .
Ludzie, ogólnie kwestię ujmując mają w nosie wszystkich. Mają dość występów kolejnych sfrustrowanych czerwonych, opalonych, bladych tępych politykierów ciągnących tę płachtę Polską zwaną na zasadzie „mane-takel-fares” każdy w swoją stronę.
Sprawia to piorunujące wrażenie żebraków wpuszczonych na salony, którzy z braku kultury i zahamowań pchają co się da do gąb i kieszeni, a na koniec skaczą sobie do gardeł nie bacząc na to, że depczą po dobrach które wcześniej pościągali ze stołów.
To jest tragedią naszego Kraju.
I to mnie kompletnie nie bawi…
Kompletnie…
Mam nawet własną teorię, mało zabawną ale podejrzewam że całkowicie uzasadnioną.
Brak tradycji i ciągłości … monarchii i panów… Cóż skoro pochodzimy od chamów, którzy ocaleli z zawieruch wojennych i zaborów…
Co to oznacza?
Hmmm , historia zna odpowiedź a ja nie zamierzam pisać rozprawki naukowej pt. „ Czemu Polska jest tam gdzie jest i dlaczego nie jest gdzie indziej”. Powiem krótko :
Nie jest i nie będzie dobrze w państwie w którym sto tysiący partii politycznych skupia wszelkiej maści złodziei, nuworyszy, naturszczyków i cały ten margines społeczny o zawodzie „polityk” (kiedyś mówiło się „nazywam się dyrektor…” teraz powinno być „nazywam się polityk…” co by nie było, mechanizm i pochodzenie zjawiska jest jedno i to niezależne z jaką opcją mamy do czynienia, !!! „Komuno wróć!!!”) obrażający się , żeniący się i rozżeniający się z ugrupowaniami w zależności od tego która opcja w danej chwili znajduje się na topie.
Niestety cała ta grupa społeczna pracowała i nadal pracuje na jak najgorszą opinię i nic się nie zmieni dopóki nie wymrą wszyscy jak dinozaury…
Bin Laden się pomylił… (Ups!)Zaplombowane usta

      Na własnym podwórku
Wypada wreszcie zamknąć ten wyświechtany temat ponieważ nie ma znaczenia to , co napiszę i jak to napiszę.
Lepiej wsiąść do wesołego ambulansu i rozejrzeć się po jego wnętrzu w dosłownym tego słowa znaczeniu. Wnętrze owo, niezależnie od ekip rządzących jakoś się nam nie zmienia. Łożyska wyją, drążki stukają, spaliny walą do wnętrza, jazda z prędkością 100km/h wymaga doubezpieczenia się bo nie ma nic cenniejszego nad zdrowie i życie, kolejne prośby do władz nadrzędnych o naprawy przechodzą bez echa. Klimatyzacja latem jest popsuta, bo kto to widział żeby robić „przepał” w autach, a ani doktorom ani pacjentom chłód w upale 40 stopniowym nie jest niezbędny. I to wszystko przy akompaniamencie jęków, że pogotowie jest nierentowne i przynosi ZOZ-owi straty a w karetkach siedzą same nieroby z odciskami na tyłkach (z braku zajęcia). Jest to jedyne takie pogotowie w skali kraju o ile mi wiadomo.
Ta sytuacja przypomina mi dobre rady wójta gminy , w której ośrodek prowadzę przekazane mi kiedy poprosiłam o włączenie ogrzewania w październiku (temperatura spadła w nocy poniżej zera i trzeba było siedzieć w pracy w kurtkach i do minimum ograniczyć badanie chorych-2006 r.) – „kupcie sobie kufajki”… Bo choćby takie niemowlęta to „przez 15 minut nie zmarzną”
Albo też podejście pewnego profesora ze szpitala klinicznego w Warszawie, który nie zapewnił pracownikom godnych warunków pracy i nie zadbał o dostęp do tak prozaicznego pomieszczenia jak łazienka z prysznicem w myśl teorii, że „na dyżur przychodzi się pracować a nie kąpać” (!!!)…
Prawda, że jest śmiesznie? XXI wiek… a my młoteczki i złote kowadełka nosić niedługo będziemy.
Na wesoło, naprawdę
Pewnego jesiennego dnia roku bieżącego wezwano nasz zespół do nieprzytomnego młodziana. Na miejscu okazało się, że stan jego jest wprost proporcjonalny do ilości wypitego alkoholu. Zero kontaktu słowno-logicznego. Cóż było robić, skoro w naszym kraju upojonych i przecież szczęśliwych z osiągniętego stanu obywateli na siłę zawozi się do szpitali jakby jacyś chorzy byli. Zapakowaliśmy „zwłoki” i powieźliśmy do izby przyjęć. Ponieważ i tam nie dało się wydobyć z delikwenta żadnych informacji zrobiliśmy komisyjne przeszukanie zawartości kieszeni i plecaka. Znalezione dokumenty posłużyły do wystawienia skierowania do oddziału dziecięcego (16 lat!) oraz do kontaktu z rodzicami delikwenta. Przybyła po pewnym czasie zła jak osa rodzicielka, nastawiona na wymierzenie kary fizycznej podłej latorośli zdębiała w progu i ledwie wystękała, „No ja matka jestem, ale nie sądziłam, że mój syn po alkoholu aż tak się zmieni na gębie!!!”…
Delikwent leżący na miejscu syna okazał się być kolegą wyrodnego wyrostka. Zagadką pozostało dokąd wybrał się ten ostatni. Miał szczęście , ominęła go publiczna awantura i pranie po pysku Morał z tego jest taki, że każdy pijak zmienia się na gębie nie do poznania pod wpływem wody ognistej, co można było ostatnio śledzić w telewizji publicznej…
Taak…Niewinny